|

Wywiad zamieszczony w Piśmie Izb
Lekarskich
"GAZETA LEKARSKA", nr 6/2005
Z Bolesławem Piechą,
posłem Prawa i Sprawiedliwości
rozmawia Marek Stankiewicz
Styropianu nie mam w życiorysie
Ma pan jeszcze czas na medycynę?
Coraz mniej, ale to chyba zrozumiałe,
że praca poselska, tak w Warszawie jak na Śląsku wypełnia
prawie całkowicie mój czas. We wszystkim, co robię chcę
być odpowiedzialny.
Cieszy się pan, że lewica już
wkrótce rozstanie się z władzą?
Władza dla polityka jest imperatywem,
od którego nie ma ucieczki. Tylko u władzy można skutecznie
realizować swoje plany i zamierzenia. Inaczej polityk
ma szansę zostać najwyżej wieszczem, mistykiem czy sztandarowym
cierpiętnikiem za miliony. W każdym parlamencie powinna
być również dobra opozycja, bo nie ma ludzi nieomylnych.
Na lewicy są również ciekawi i kompetentni ludzie, jak
choćby poseł Socjaldemokracji Polskiej Władysław Szkop,
którego bardzo cenię za takt, kulturę i wiedzę. Spierałem
się z nim nieraz, i to ostro, ale chciałbym, żeby cała
lewica była taka jak on.
A z Mariuszem Łapińskim też
się dobrze rozmawiało?
Nie, bo on nie słuchał. Ja nigdy nie
starałem się podnosić alarmu o jakieś pojedyncze przypadki,
że ktoś gdzieś jest chory i cierpi dodatkowo z powodu
braku właściwej pomocy. To jest sprawa lekarzy, organizatorów
na niższym szczeblu, czy wreszcie prokuratury, ale nie
polityka w parlamencie.
Co najbardziej, podczas swoich
rządów zepsuła lewica?
Wszystko, co jest możliwe. Zaproponowała
nowy kierunek, co było jej świętym prawem. Ale już sposób,
w jaki go realizowała i chaos, jaki temu towarzyszył,
zrobiły swoje. Ustawa o Narodowym Funduszu Zdrowia
i prawo farmaceutyczne z urzędem rejestracji leków to
tylko te najbardziej istotne przykłady. Zamiast szumnie
głoszonej początkowo kompetencji i normalności,
wprowadziła do parlamentu i rządów ogromny ładunek buty,
arogancji i nieliczenia się z ludźmi, którzy mieli
inny pogląd. Lewica Leszka Millera przede wszystkim
napadła na stanowiska i zaczęła sprzątać w kasach chorych,
a w parlamencie robić ustawy pod określonych ludzi.
Ale mówi się, że i na prawicy
nie brakuje takich, którzy wszystko
i zawsze wiedzą lepiej...
Wie pan, partia musi być wyrazista
w swoich propozycjach. Język, jakim zwraca się do obywatela
musi być zrozumiały, nawet jeśli są to tylko hasła.
Ale jeszcze ważniejsze jest zaplecze eksperckie, jakie
każda partia musi zbudować, w oparciu o kompetencje,
a nie legitymacje partyjne. Dziś, po czterech latach
posłowania, współpracuję w sprawach ochrony zdrowia
z ludźmi z różnych sektorów. Są wśród nich lekarze i
pielęgniarki, profesorowie i szefowie klinik, ekonomiści,
specjaliści od zarządzania. Dzięki temu, że nie hołduję
dogmatom, ani ja nie jestem sam, ani PiS.
Chce pan powiedzieć, że te
zastępy doradców, będą wspierać wasz pomysł na budżetowy
system finansowania ochrony zdrowia? Przecież rynek
i budżet to są dwa skrajne sposoby myślenia o zdrowiu
publicznym...
Wcale nie. Kraje skandynawskie, Wielka
Brytania, Hiszpania, Kanada wybrały inny sposób finansowania,
który nie wyklucza rynku silnie regulowanego. Nie sądzi
pan chyba, ze wrócimy do czasów sprzed Bismarcka, kiedy
leczył się ten, kto miał pieniądze, a kto ich nie miał,
to szedł do lazaretu prowadzonego najczęściej przez
zakonnice. Wszędzie rynek i budżet się ze sobą mieszają,
któryś z nich mniej lub bardziej dominuje. Kto chce
mieć większe gwarancje dla swego zdrowia niż te podstawowe,
ubezpiecza się dodatkowo.
To teraz zejdźmy na ziemię.
Od czego chcecie zacząć, po objęciu władzy?
My w zasadzie tak naprawdę nie wiemy,
co się w tym systemie dzieje. Nikomu przez wiele lat
nie zależało na zbilansowaniu tego systemu. Narzędzia
do policzenia są, tylko albo z nich nie korzystano albo
używano ich wyrywkowo. Jak się zmieniał minister, to
i zmieniały się narzędzia. W pierwszym roku trzeba zbilansować
świadczenia zdrowotne, policzyć je i określić ile
kosztują w oparciu o uzyskane wyniki oraz uporządkować
system świadczeniodawców...
Co pan ma na myśli?
Trzeba określić koszyk świadczeń gwarantowanych,
czyli co się obywatelowi należy, za co zapłacą finanse
publiczne, a za co zapłaci sam z własnej kieszeni. To
jest trudne, ale konieczne.
Czyli bez wyraźnego oddzielenia
ról usługodawcy i płatnika nie ma mowy
o naprawie systemu?
Nie, bo wtedy cele i oczekiwania nie
są jasne. Kwitną wtedy grupy interesów, w zależności
od tego, kto jest bliżej informacji, ten więcej zgarnie
ze stołu z pieniędzmi. Pilnym zadaniem jest uporządkowanie
sprawy szpitali. Wszystko się w Polsce zmieniło od 1989
r. oprócz szpitali. Kolejne gabinety zapisywały w swoich
programach sieć szpitali, ale żaden tego nie zrobił.
Potrzebna jest zmiana ustawy kompetencyjnej, która według
nas, określi tylko jeden, regionalny szczebel, czyli
marszałek województwa będzie właścicielem sieci szpitali.
Szpital nie może być tylko lazaretem z ambicjami, bez
sprzętu i możliwości diagnostycznych.
No to powiaty nie będą miały
powodu do radości...
Bo ich kompetencje nie są tak wyraziście
określone, jak zadania gminy czy centrum. Na dobrą sprawę,
ani powiat ani województwo nie wiedzą, co robić. A jak
się już dowiedzą, to tylko tyle - ile mają zapłacić.
Samorząd powiatowy i gminny powinien odpowiadać tylko
za zorganizowanie warunków do funkcjonowania dobrej,
podstawowej opieki zdrowotnej i ambulatoryjnej
opieki specjalistycznej.
Czy w ogóle taki ruch jest
zgodny z prawem?
Wg prawników parlamentarnych, jak najbardziej.
To nie jest jakaś nacjonalizacja, tylko przekazanie
kompetencji pomiędzy samorządami. Nie da się tworzyć
sieci szpitali w oparciu o bardzo dziwne, niekiedy
interesy różnych powiatów.
Jakie dziwne interesy?
Każdy zarząd powiatu będzie utrzymywał
szpital za wszelką cenę i robił wszystko, byle by ten
szpital pozostał, czy w formie spółki, czy będzie miał
sto czy pięćset lóżek. Bo bez szpitala, powiat w polskim
mniemaniu, traci prawo bytu.
A centrum? Czym miałoby się
zająć?
Urzędami centralnymi, ministerstwem
zdrowia, klinikami i instytutami naukowymi. Włączyć
się musi również państwo.
Ile tego państwa ma być w zdrowiu?
Wasz naturalny sojusznik na prawicy Platforma Obywatelska
za najpilniejsze uważa zbudowanie zupełnie innego nadzoru
z wykorzystaniem RUM-u oraz ustalenie limitów i ograniczników
popytu, a dopiero potem budowanie podstaw do spokojnej
i ewolucyjnej reformy. To jak to się da pogodzić?
Państwo musi być dziś obecne w prawie,
szkoleniu lekarzy, pielęgniarek itp., określeniu sieci
szpitali. RUM jest również wśród naszych priorytetów.
Ja jednak nie uważam, że jak zrobimy informatykę to
mamy czas, bo możemy się obudzić w rozgardiaszu organizacyjnym
z następną furą długów. W 2006 roku na pewno nie da
się ruszyć Narodowego Funduszu Zdrowia, bo byłoby to
skrajnie nieodpowiedzialne. Prawo i Sprawiedliwość nie
będzie majstrować przy instytucji płatnika ani przy
algorytmie rozdziału środków na regiony w 2006 roku.
Rolę płatnika i kontrolera racjonalnego wydawania
środków publicznych via Wojewoda przejmie budżet państwa.
A niewidzialna ręka rynku nie
zbawi służby zdrowia?
Ta ręka na razie doprowadziła do wzrostu
hospitalizacji o 40%, do zaniechania wykonywania badań
w POZ i odsyłania do szpitali. Nie wspomnę już o stomatologii
i kompletnym zlekceważeniu obowiązku dbałości o uzębienie
dzieci i młodzieży.
A limity? Przecież szpitale
biją się o to, by robić jeszcze więcej operacji
i procedur, zwłaszcza tych nowoczesnych
Trzeba uprościć system kontraktowania.
Dzisiaj w szpitalach kontraktujemy poszczególne procedury,
których większość np. 80-85%, dziś wymienionych w katalogu
świadczeń można w przyszłości pominąć, włączając je
do budżetu szpitala. Pozostałe zaś, procedury wysokospecjalistyczne
trzeba wystandaryzować, policzyć dokładnie i objąć szczególną
kontrolą, lekarską i finansową. W ten sposób unikniemy
różnych dziwnych zdarzeń np. "epidemii" amputacji
kończyn, które bardziej opłacają się niż leczenie farmakologiczne
stopy cukrzycowej. Nie będzie epidemii zapaleń płuc
czy biegunek z odwodnieniem u dzieci, bo to się nie
będzie opłacać.
Czy te 80-85% środków nie będzie
czasem rozdzielane spod dużego palca?
Nie sądzę, bo nikt nikogo nie będzie
hospitalizował na siłę.
Niektórzy twierdzą, że leki
wykończą każdy system, również i wasz...
Musimy oprzeć się na genetykach, ale
jeśli nie wpuścimy leków innowacyjnych, to nie pójdziemy
za postępem w medycynie.
Ale PO twierdzi, że każda wizyta
u lekarza czy wykup leków to kolejne zdarzenie gospodarcze...
Zgoda, ale pewnych zdarzeń nie da się
przewidzieć i za nie zapłacić. Po to jest budżet i dyrektor,
który nim zarządza. W zasadniczej części płacenia za
świadczenia zdrowotne trzeba odejść od płacenia za konkretną
usługę (więcej budżetu, mniej fee for service).
Dobra, ale społeczeństwo przyzwyczaiło
się, że "to mu się należy"...
Należy mu się usługa ratująca życie
w ratownictwie medycznym, hospitalizacja z tym związana
i dostęp do podstawowej opieki medycznej. Ale np. alloplastykę
stawu biodrowego można zaplanować i wykonać zgodnie
z kolejką.
Co zrobicie, żeby lekarze i
pielęgniarki lepiej zarabiali?
Trzeba na to zdobyć środki i skierować
je do budżetu. Wszyscy wiedzą, że teraz płacimy 8,5-procentową
składkę zdrowotną, ale mało kto wie, ze płacimy jeszcze
jedną - 2,45%. Ta składka trafia do ZUS-u i jest związana
ze zwolnieniami lekarskimi, rentami czy turnusami rehabilitacyjnymi.
To jest integralna część ochrony zdrowia. Ta składka
nie pracuje na niczyją emeryturę. Okazuje się, że w
ostatnich latach w Polsce zarówno absencja chorobowa
w przeliczeniu na jednego obywatela i renta spada.
Dzisiaj te niewykorzystane środki to 3-4 miliardów złotych.
Te pieniądze muszą częściowo trafić do opieki zdrowotnej
na podniesienie płac i przeciwdziałanie deprecjacji
finansowej fachowych pracowników ochrony zdrowia, a nie
np. zakupienie jeszcze jednego tomografu komputerowego,
bo tak chce starosta, którego podeszli lekarze z rady
powiatu.
Gdyby pan był ministrem zdrowia,
pozwoliłby pan specjalizować się wszystkim lekarzom
i lekarzom dentystom?
Dzisiaj ta reglamentacja rezydentur
staje się czymś karykaturalnym. Przecież w ustawie o zawodzie
lekarza zapisano, że mamy permanentnie podnosić swoje
kwalifikacje. Jeżeli taki standard przyjęto, to państwo
musi to sfinansować.
Czy zdrowie jest priorytetem
w polityce Prawa i Sprawiedliwości?
Tak. I to wcale nie dlatego, że dzięki
zdrowiu wygrywa się wybory, ale dlatego, że lekceważąc
zdrowie publiczne błyskawicznie traci się poparcie,
kiedy się zaczyna rządzić. Główną troską PiS jest pacjent
- obywatel i jego sprawiedliwy dostęp do świadczeń zdrowotnych.
|