Rynek Zdrowia 02/2007 s. 50, 51

Kurier Medycyny 2006

Rynek Zdrowia 12/2006 s. 5

Rynek Zdrowia 12/2006 s. 11-13

Rynek Zdrowia 12/2006 s. 28-29

MENEDŻER ZDROWIA nr 7/2006

Rynek Zdrowia listopad 2006

Rynek Zdrowia nr 3/9 2006

Menedżer zdrowia

Konferencja 7 maj 2005


O wysokości podwyżek zdecydują dyrektorzy szpitali

Refundacja w Internecie

GAZETA LEKARSKA

MEDYCYNA PRAKTYCZNA

BĘDĘ DYKTATOREM

Zdrowie do leczenia

 

Wywiad zamieszczony w Piśmie Izb Lekarskich
"GAZETA LEKARSKA", nr 6/2005

Z Bolesławem Piechą,
posłem Prawa i Sprawiedliwości
rozmawia Marek Stankiewicz

Styropianu nie mam w życiorysie

Ma pan jeszcze czas na medycynę?

Coraz mniej, ale to chyba zrozumiałe, że praca poselska, tak w Warszawie jak na Śląsku wypełnia prawie całkowicie mój czas. We wszystkim, co robię chcę być odpowiedzialny.

Cieszy się pan, że lewica już wkrótce rozstanie się z władzą?

Władza dla polityka jest imperatywem, od którego nie ma ucieczki. Tylko u władzy można skutecznie realizować swoje plany i zamierzenia. Inaczej polityk ma szansę zostać najwyżej wieszczem, mistykiem czy sztandarowym cierpiętnikiem za miliony. W każdym parlamencie powinna być również dobra opozycja, bo nie ma ludzi nieomylnych. Na lewicy są również ciekawi i kompetentni ludzie, jak choćby poseł Socjaldemokracji Polskiej Władysław Szkop, którego bardzo cenię za takt, kulturę i wiedzę. Spierałem się z nim nieraz, i to ostro, ale chciałbym, żeby cała lewica była taka jak on.

A z Mariuszem Łapińskim też się dobrze rozmawiało?

Nie, bo on nie słuchał. Ja nigdy nie starałem się podnosić alarmu o jakieś pojedyncze przypadki, że ktoś gdzieś jest chory i cierpi dodatkowo z powodu braku właściwej pomocy. To jest sprawa lekarzy, organizatorów na niższym szczeblu, czy wreszcie prokuratury, ale nie polityka w parlamencie.

Co najbardziej, podczas swoich rządów zepsuła lewica?

Wszystko, co jest możliwe. Zaproponowała nowy kierunek, co było jej świętym prawem. Ale już sposób, w jaki go realizowała i chaos, jaki temu towarzyszył, zrobiły swoje. Ustawa o Narodowym Funduszu Zdrowia i prawo farmaceutyczne z urzędem rejestracji leków to tylko te najbardziej istotne przykłady. Zamiast szumnie głoszonej początkowo kompetencji i normalności, wprowadziła do parlamentu i rządów ogromny ładunek buty, arogancji i nieliczenia się z ludźmi, którzy mieli inny pogląd. Lewica Leszka Millera przede wszystkim napadła na stanowiska i zaczęła sprzątać w kasach chorych, a w parlamencie robić ustawy pod określonych ludzi.

Ale mówi się, że i na prawicy nie brakuje takich, którzy wszystko
i zawsze wiedzą lepiej...

Wie pan, partia musi być wyrazista w swoich propozycjach. Język, jakim zwraca się do obywatela musi być zrozumiały, nawet jeśli są to tylko hasła. Ale jeszcze ważniejsze jest zaplecze eksperckie, jakie każda partia musi zbudować, w oparciu o kompetencje, a nie legitymacje partyjne. Dziś, po czterech latach posłowania, współpracuję w sprawach ochrony zdrowia z ludźmi z różnych sektorów. Są wśród nich lekarze i pielęgniarki, profesorowie i szefowie klinik, ekonomiści, specjaliści od zarządzania. Dzięki temu, że nie hołduję dogmatom, ani ja nie jestem sam, ani PiS.

Chce pan powiedzieć, że te zastępy doradców, będą wspierać wasz pomysł na budżetowy system finansowania ochrony zdrowia? Przecież rynek i budżet to są dwa skrajne sposoby myślenia o zdrowiu publicznym...

Wcale nie. Kraje skandynawskie, Wielka Brytania, Hiszpania, Kanada wybrały inny sposób finansowania, który nie wyklucza rynku silnie regulowanego. Nie sądzi pan chyba, ze wrócimy do czasów sprzed Bismarcka, kiedy leczył się ten, kto miał pieniądze, a kto ich nie miał, to szedł do lazaretu prowadzonego najczęściej przez zakonnice. Wszędzie rynek i budżet się ze sobą mieszają, któryś z nich mniej lub bardziej dominuje. Kto chce mieć większe gwarancje dla swego zdrowia niż te podstawowe, ubezpiecza się dodatkowo.

To teraz zejdźmy na ziemię. Od czego chcecie zacząć, po objęciu władzy?

My w zasadzie tak naprawdę nie wiemy, co się w tym systemie dzieje. Nikomu przez wiele lat nie zależało na zbilansowaniu tego systemu. Narzędzia do policzenia są, tylko albo z nich nie korzystano albo używano ich wyrywkowo. Jak się zmieniał minister, to i zmieniały się narzędzia. W pierwszym roku trzeba zbilansować świadczenia zdrowotne, policzyć je i określić ile kosztują w oparciu o uzyskane wyniki oraz uporządkować system świadczeniodawców...

Co pan ma na myśli?

Trzeba określić koszyk świadczeń gwarantowanych, czyli co się obywatelowi należy, za co zapłacą finanse publiczne, a za co zapłaci sam z własnej kieszeni. To jest trudne, ale konieczne.

Czyli bez wyraźnego oddzielenia ról usługodawcy i płatnika nie ma mowy
o naprawie systemu?

Nie, bo wtedy cele i oczekiwania nie są jasne. Kwitną wtedy grupy interesów, w zależności od tego, kto jest bliżej informacji, ten więcej zgarnie ze stołu z pieniędzmi. Pilnym zadaniem jest uporządkowanie sprawy szpitali. Wszystko się w Polsce zmieniło od 1989 r. oprócz szpitali. Kolejne gabinety zapisywały w swoich programach sieć szpitali, ale żaden tego nie zrobił. Potrzebna jest zmiana ustawy kompetencyjnej, która według nas, określi tylko jeden, regionalny szczebel, czyli marszałek województwa będzie właścicielem sieci szpitali. Szpital nie może być tylko lazaretem z ambicjami, bez sprzętu i możliwości diagnostycznych.

No to powiaty nie będą miały powodu do radości...

Bo ich kompetencje nie są tak wyraziście określone, jak zadania gminy czy centrum. Na dobrą sprawę, ani powiat ani województwo nie wiedzą, co robić. A jak się już dowiedzą, to tylko tyle - ile mają zapłacić. Samorząd powiatowy i gminny powinien odpowiadać tylko za zorganizowanie warunków do funkcjonowania dobrej, podstawowej opieki zdrowotnej i ambulatoryjnej opieki specjalistycznej.

Czy w ogóle taki ruch jest zgodny z prawem?

Wg prawników parlamentarnych, jak najbardziej. To nie jest jakaś nacjonalizacja, tylko przekazanie kompetencji pomiędzy samorządami. Nie da się tworzyć sieci szpitali w oparciu o bardzo dziwne, niekiedy interesy różnych powiatów.

Jakie dziwne interesy?

Każdy zarząd powiatu będzie utrzymywał szpital za wszelką cenę i robił wszystko, byle by ten szpital pozostał, czy w formie spółki, czy będzie miał sto czy pięćset lóżek. Bo bez szpitala, powiat w polskim mniemaniu, traci prawo bytu.

A centrum? Czym miałoby się zająć?

Urzędami centralnymi, ministerstwem zdrowia, klinikami i instytutami naukowymi. Włączyć się musi również państwo.

Ile tego państwa ma być w zdrowiu? Wasz naturalny sojusznik na prawicy Platforma Obywatelska za najpilniejsze uważa zbudowanie zupełnie innego nadzoru z wykorzystaniem RUM-u oraz ustalenie limitów i ograniczników popytu, a dopiero potem budowanie podstaw do spokojnej i ewolucyjnej reformy. To jak to się da pogodzić?

Państwo musi być dziś obecne w prawie, szkoleniu lekarzy, pielęgniarek itp., określeniu sieci szpitali. RUM jest również wśród naszych priorytetów. Ja jednak nie uważam, że jak zrobimy informatykę to mamy czas, bo możemy się obudzić w rozgardiaszu organizacyjnym z następną furą długów. W 2006 roku na pewno nie da się ruszyć Narodowego Funduszu Zdrowia, bo byłoby to skrajnie nieodpowiedzialne. Prawo i Sprawiedliwość nie będzie majstrować przy instytucji płatnika ani przy algorytmie rozdziału środków na regiony w 2006 roku. Rolę płatnika i kontrolera racjonalnego wydawania środków publicznych via Wojewoda przejmie budżet państwa.

A niewidzialna ręka rynku nie zbawi służby zdrowia?

Ta ręka na razie doprowadziła do wzrostu hospitalizacji o 40%, do zaniechania wykonywania badań w POZ i odsyłania do szpitali. Nie wspomnę już o stomatologii i kompletnym zlekceważeniu obowiązku dbałości o uzębienie dzieci i młodzieży.

A limity? Przecież szpitale biją się o to, by robić jeszcze więcej operacji
i procedur, zwłaszcza tych nowoczesnych …

Trzeba uprościć system kontraktowania. Dzisiaj w szpitalach kontraktujemy poszczególne procedury, których większość np. 80-85%, dziś wymienionych w katalogu świadczeń można w przyszłości pominąć, włączając je do budżetu szpitala. Pozostałe zaś, procedury wysokospecjalistyczne trzeba wystandaryzować, policzyć dokładnie i objąć szczególną kontrolą, lekarską i finansową. W ten sposób unikniemy różnych dziwnych zdarzeń np. "epidemii" amputacji kończyn, które bardziej opłacają się niż leczenie farmakologiczne stopy cukrzycowej. Nie będzie epidemii zapaleń płuc czy biegunek z odwodnieniem u dzieci, bo to się nie będzie opłacać.

Czy te 80-85% środków nie będzie czasem rozdzielane spod dużego palca?

Nie sądzę, bo nikt nikogo nie będzie hospitalizował na siłę.

Niektórzy twierdzą, że leki wykończą każdy system, również i wasz...

Musimy oprzeć się na genetykach, ale jeśli nie wpuścimy leków innowacyjnych, to nie pójdziemy za postępem w medycynie.

Ale PO twierdzi, że każda wizyta u lekarza czy wykup leków to kolejne zdarzenie gospodarcze...

Zgoda, ale pewnych zdarzeń nie da się przewidzieć i za nie zapłacić. Po to jest budżet i dyrektor, który nim zarządza. W zasadniczej części płacenia za świadczenia zdrowotne trzeba odejść od płacenia za konkretną usługę (więcej budżetu, mniej fee for service).

Dobra, ale społeczeństwo przyzwyczaiło się, że "to mu się należy"...

Należy mu się usługa ratująca życie w ratownictwie medycznym, hospitalizacja z tym związana i dostęp do podstawowej opieki medycznej. Ale np. alloplastykę stawu biodrowego można zaplanować i wykonać zgodnie z kolejką.

Co zrobicie, żeby lekarze i pielęgniarki lepiej zarabiali?

Trzeba na to zdobyć środki i skierować je do budżetu. Wszyscy wiedzą, że teraz płacimy 8,5-procentową składkę zdrowotną, ale mało kto wie, ze płacimy jeszcze jedną - 2,45%. Ta składka trafia do ZUS-u i jest związana ze zwolnieniami lekarskimi, rentami czy turnusami rehabilitacyjnymi. To jest integralna część ochrony zdrowia. Ta składka nie pracuje na niczyją emeryturę. Okazuje się, że w ostatnich latach w Polsce zarówno absencja chorobowa w przeliczeniu na jednego obywatela i renta spada. Dzisiaj te niewykorzystane środki to 3-4 miliardów złotych. Te pieniądze muszą częściowo trafić do opieki zdrowotnej na podniesienie płac i przeciwdziałanie deprecjacji finansowej fachowych pracowników ochrony zdrowia, a nie np. zakupienie jeszcze jednego tomografu komputerowego, bo tak chce starosta, którego podeszli lekarze z rady powiatu.

Gdyby pan był ministrem zdrowia, pozwoliłby pan specjalizować się wszystkim lekarzom i lekarzom dentystom?

Dzisiaj ta reglamentacja rezydentur staje się czymś karykaturalnym. Przecież w ustawie o zawodzie lekarza zapisano, że mamy permanentnie podnosić swoje kwalifikacje. Jeżeli taki standard przyjęto, to państwo musi to sfinansować.

Czy zdrowie jest priorytetem w polityce Prawa i Sprawiedliwości?

Tak. I to wcale nie dlatego, że dzięki zdrowiu wygrywa się wybory, ale dlatego, że lekceważąc zdrowie publiczne błyskawicznie traci się poparcie, kiedy się zaczyna rządzić. Główną troską PiS jest pacjent - obywatel i jego sprawiedliwy dostęp do świadczeń zdrowotnych.

 
     
   
Projekt: Cleancutdesign.com